poniedziałek, 1 czerwca 2015

5- ... Ty mnie do pieśni pokornej nie wołaj...



Ty mnie do pieśni pokornej nie wołaj,
Bo ta już we mnie bez głosu,
A jeśli milczę, nie przeto mnie połaj,
Kwiatów, Ty, nie chciej od kłosu...

Bo ja z przeklętych jestem tego świata,
Ja bywam dumny i hardy,
A miłość moja, Bracie, dwuskrzydlata:
Od uwielbienia do wzgardy.

Gdy w głębi serca purpurę okrutną
Wyrabia prządka cierpienia,
Smutni - lecz smutni, że aż Bogu smutno -
Królewskie mają milczenia.

4- Pióro


I wlano w ciebie duszę nie anielską, czarną,
Choć białym włosem strzępisz wybujałą szyję
I wzdrygasz się w prawicy wypalonej skwarną
Posuchą - a za tobą długie żalów chryje
Albo okrągłe zera jak okrągłe grosze
Wtaczają się w rubryki, zaplecione giętko,
Jak zrachowane jaja, kiedy idą w kosze
Ostrożnie i pomału. - Czasem znowu prędko
Nierozerwany promień z ciebie głosek tryska
I znakiem zapytania jak skrzywioną wędką
Łowisz myśl, co opodal ledwo skrzelą błyska...

O, pióro! Tyś mi żaglem anielskiego skrzydła
I czarodziejską zdrojów Mojżeszowych laską,
- Tylko się w tęczowane barwiąc malowidła,
Nie bądź papugą uczuć ani marzeń kraską -
Sokolim prawem wichry pozagarniaj w siebie,
Nie płowiej skwarem słońca i nie ciemniej słotą;
Dzikie i samodzielne, sterujące w niebie,
Do żadnej czapki klamrą nie przykuj się złotą.

Albowiem masz być piórem nie przesiąkłym wodą
Przez bezustanne wichrów i nawałnic wpływy,
Lecz piórem, którym ospę z krwią mięszają młodą
Albo za wartkie strzałom przytwierdzają grzywy.

3- Wspomnienie


             O! miło jest patrzeć i dumać o świcie,
             Gdy rosa po krzewach szeleści taktami
             A powiew okienkiem, jak anioł skrzydłami,
             Do chaty wonności nagarnia obficie.
             I gołąb pod strzechą, różowy swój dziobek
             Za pióra bieluchne zatknąwszy, spoczywa,
             I dzielny bułany, przylgnąwszy pod żłobek,
             Nie czuje, jak złota strumieni się grzywa.
             I szabla na ścianie stalistym półkolem,
             Jak nowiem księżyca, bladawo jaśnieje,
             I puchy krwią przylgłe na berle sokolem
             Ulecieć by chciały, gdy wietrzyk zawieje.
             A sercu tak miło, pogodnie, pieściwo,
             Jak pierwszej jaskółce, gdy z wody wyleci,
             Zielone nadbrzeża obiega co żywo
             I szuka, gdzie bratni fijołek zaświeci.

             O! wtedy rój marzeń pół czarny, pół biały,
             Jak skrzydło bociana, proporzec wiosnowy,
             Rzewliwym ruszeniem, wiewając znad głowy,
             Ostrzega, że jeszcze goreją zapały.
             Zapały te bladoróżowym płomykiem,
             Jak błędną iskierką, jak leśnym gwoździkiem,
             To kwitną, to giną, to znowu się wznoszą,
             Nie wiedzieć dlaczego szafują westchnieniem,
             I śmiechów się strzegą, i łzami się roszą:
             Pracują, by nazwać je kiedyś... wspomnieniem.

             Wspomnienia tych chwilek to lube siostrzyce,
             Co ścisną za rękę i wezwą na gody,
             A miodem pradziadów zmąciwszy źrenice,
             Ułudzą powabem rodzinnej zagrody;
             I będą ci starców z siwymi wąsami,
             I będą ci krasne przedstawiać dziewoje,
             Aż wreszcie, takimi zamarzon wiedźmami,
             Łzy sobie nad wszystkie podobasz napoje.

             Lecz kiedy znów inne wspomnienia szalone
             Przylecą do serca, jak krucy do jadła,
             A dzioby rozdarte i gardła czerwone
             Zagrają - o! wtedy przepadła, przepadła,
             Zginęła moc życia, bo tłuszcza zajadła,
             Jak mszyca na liściu, na sercu osiadła.


                                        * * *

             Aniele! ty, który nad śpiącym człowiekiem,
             Jak baszta obrończa z marmuru białego,
             Jaśniejesz - lub kwiatem liliji, jak mlekiem,
             Sny słodkie, sny lube przywabiasz do niego 
             Aniele! ty sprawuj nad nami z wysoka!
             Ty mary bolesne porażaj skinieniem,
             Bo biedni my, niknąc dzień po dniu sprzed oka,
             My, ludzie - zaledwo jesteśmy wspomnieniem.

2- Dp piszących





      Póki w cienistych kniejach buja rześka łania,
      I z lekkością marzenia suwa się po lesie,
      Póty oko zachwyca - lecz gdy wiatr rozniesie
      Garstkę spaczonych kości, które pleśń osłania,
      Któż ten widok podziwi? Tak samo myśl człeka:
      Zrazu wiele ma krasy, lecz gdy się rozsypie
      W garść spaczonych wyrazów, które znów poszczypie
      Pióro zatrutym żądłem -  tak porozwleka
      Po bladych stepach księgi - cóż z tej pastwy gadu
      Zostanie powabnego?...
   
           Kwiat od kropli jadu
      Zwarzy się i przepadnie; lecz gdy przyjdzie rosa,
      Otworzy modre oko i przyćmi Niebiosa!
      Kto więc myślą pisarza chce się uradować,
      Ten niechaj ją przytuli do łona swej duszy,
      I niechaj ją obejmie uczuciem -  wzruszy
      Martwe znaki - że wreszcie nie zechcą tamować
      Głosu swego, i będą kwilić jako stada
      Na wpół zbudzonych ptaków promieniem jutrzenki,
      A poznamy dopiero, jak to myśl upada
      Na siłach, jak to płacze, kiedy ją w sukienki
      Czarnych głosek obleką...
   
           Gdybym zrzucił ciało
      I z kości się wyłamał, gdyby pozostało
      Ścierwo w błocie, a dusza jeszcze miała oczy
      Dla świata - to bym może jaki hymn proroczy
      Wielkim głosem zanucił - ale gdy tak słaby
      I tak maluczki jestem - skądże wezmę siły
      Ku temu? - Bo choć myśli, jak najemne draby,
      Klną dziko i wołają, by im zapłaciły
      Słowa moje, lecz słowa?... blaszki pozłacane,

       Mdłym dźwiękiem gadające! grosze połamane,
       Fałszywe!... ha! ubóstwo, nędza to szalona,
       Gdy nawet słów brakuje, gdy otumaniona
       Dusza, co począć, nie wie - albo raczej może
       Wie wszystko -  do Ciebie woła: „Pomóż, Boże!”
    
       Takie to zgraje marzeń tu i owdzie rosną,
       Jak kępy żółtej trawy ocuconej wiosną;
       Takie to bole człowiek póty cierpi, póty,
       Póki nie zdziała czego, póki, nie zakuty
       W czyn swój, marnieje tylko, albo się sposobi,
       Albo się uczy robić wprzódy, nim co zrobi.

       Myśl z dźwiękiem butne harce wiedzie bez ustanku,
       A snadź inaczej pieśni wcale by nie było!
       Więc plączą się widziadła - niby na krużganku
       Wysokim stojącemu - gdy tak jakoś miło,
       Tak mdło uczucia grają, a spadzistość bliska
       Drażni oczy, a poręcz zgniłym próchnem śliska
       Drażni serce -  tylko niebo wycieplone,
       Tylko samotna chmura, jak ślepy kaleka,
       Bez toru zabłąkana - tylko okroplone,
       Ciche drzewa - snem marzeń zachwycają człeka.

       My więc, dla których pióro, jak proporczyk biały,
       Powolnym wiatrem wzdęty, nie skalany jeszcze,
       Tak drżąco się rozwija... my, bez blasku chwały
       I bez niecnoty blasku - nasze czucia wieszcze
       Pieśnią Bogarodzicy chrzcijmy -  bez końca
       Walczmy, od wschodu słońca do zachodu słońca!

1- ...klaskaniem mając obrzękłe prawice...



Klaskaniem mając obrzękłe prawice,

Znudzony pieśnią, lud wołał o czyny:

Wzdychały jeszcze dorodne wawrzyny,

Konary swymi wietrząc błyskawice.

Było w Ojczyźnie laurowo i ciemno

I już ni miejsca dawano, ni godzin

Dla nie czekanych powić i narodzin,

Gdy Boży-palec zaświtał nade mną;

Nie zdając liczby z rzeczy, które czyni,

Żyć mi rozkazał w żywota pustyni!





Dlatego od was... o! laury, nie wziąłem

Listka jednego, ni ząbeczka w liściu,

Prócz może cieniu chłodnego nad czołem

(Co nie należy wam, lecz - słońca przyściu...).

Nie wziąłem od was nic, o! wielkoludy,

Prócz dróg zarosłych w piołun, mech i szalej,

Prócz ziemi, klątwą spalonej, i nudy...

Samotny wszedłem i sam błądzę dalej.





Po-obracanych w przeszłość nie pojętę -

A uwielbionę - spotkałem niemało!

W ostrogi rdzawe utrafiłem piętę

W ścieżkach, gdzie zbitych kul sporo padało!

Nieraz Obyczaj stary zawadziłem,

Z wyszczerzonymi na jutrznię zębami;

Odziewający się na głowę pyłem,

By noc przedłużył, nie zerwał ze snami.





Niewiast, zaklętych w umarłe formuły,

Spotkałem tysiąc; i było mi smętno,

Że wdzięków tyle widziałem - nieczuły!

Źrenicą na nie patrząc bez-namiętną.

Tej, tamtej rękę tknąwszy marmurowę,

Wzruszyłem fałdy ubrania kamienne,

A motyl nocny wzleciał jej nad głowę,

Zadrżał i upadł... i odeszły - senne...





I nic... nie wziąłem od nich w serca wnętrze,

Stawszy się ku nim - jak one - bezwładny,

Tak samo grzeczny i zarówno żadny,

Że aż mi coraz szczęście niepojętsze!



- Czemu? dlaczego? w przesytu-Niedzielę

Przyszedłem witać i żegnać... tak wiele?

Nic nie uniósłszy na sercu - prócz szaty -

Pytać was - nie chcę i nie raczę: Katy!...





Piszę - ot! czasem... piszę na Babylon

Do Jeruzalem! - i dochodzą listy -

To zaś mi mniejsza, czy bywam omylon

Albo nie?... piszę pamiętnik artysty -

Ogryzmolony i w siebie pochylon -

Obłędny!... ależ - wielce rzeczywisty!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .





Syn - minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku,

Co znika dzisiaj (iż czytane pędem)

Za panowania Panteizmu-druku,

Pod ołowianej litery urzędem;

I jak zdarzało się na rzymskim bruku,

Mając pod stopy katakomb korytarz,

Nad czołem słońce i jaw, ufny w błędzie -

Tak znów odczyta on, co ty dziś czytasz,

Ale on spomni mnie... bo mnie nie będzie!


 http://poezjajestwokolnas.blogspot.com/